Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się nad tym, że cierpienie może stać się talentem ofiarowanym Bogu? Brzmi zaskakująco, a może nawet niedorzecznie. Przecież cierpienie kojarzy nam się z bólem, bezradnością i pytaniem: „Dlaczego właśnie ja?”. Tymczasem podczas siódmego dnia Misji Parafialnych, który przeżywaliśmy w piątek, 9 października, pod hasłem „Dzień Osobistej Refleksji”, o. Grzegorz zaprosił nas do spojrzenia na cierpienie z zupełnie innej perspektywy.
Każdy człowiek otrzymał od Boga określone talenty. Jedni je rozwijają, inni – niczym sługa z ewangelicznej przypowieści – zakopują w ziemi, przekonując samych siebie, że nie mają niczego wartościowego do zaoferowania. Są jednak również osoby, które poprzez własne cierpienie odkrywają szczególną możliwość czynienia dobra, ofiarowując swoje doświadczenia Chrystusowi w intencji innych ludzi.
Cierpienie samo w sobie nie jest dobrem, którego należy szukać. Może jednak nabrać duchowego znaczenia, jeśli przeżywamy je w zjednoczeniu z Chrystusem. Jak podkreślał misjonarz, możemy nieustannie pytać: „Dlaczego Bóg mnie tak pokarał?”, ale możemy również spróbować uczynić z własnego cierpienia bezinteresowny dar dla drugiego człowieka.
„Może to wszystko jest po to, żebym został księdzem?”
O. Grzegorz podzielił się z nami osobistym świadectwem z początków swojej formacji seminaryjnej. Odwiedził wówczas krewną, która przeszła wylew. Kobieta nie mogła chodzić, miała poważne trudności z mówieniem i nie potrafiła pogodzić się ze swoim stanem. Misjonarz wspominał, że do dziś pamięta jej słowa: „Dlaczego Bóg mi to zrobił?”. Prosiła go, aby wytłumaczył jej sens tego, co ją spotkało.
Będąc dopiero na początku drogi do kapłaństwa, nie wiedział, jak odpowiedzieć. Po chwili zastanowienia powiedział: „Może to wszystko jest po to, żebym ja został księdzem?”. Krewna zapytała, kiedy to nastąpi. Usłyszała, że za sześć lat, po czym odpowiedziała krótko: „Dobrze”.
Ta rozmowa pozostała w jego pamięci. Sześć lat później, 29 maja, o. Grzegorz przyjął święcenia kapłańskie, a już na początku lipca tego samego roku, jako kapłan, żegnał swoją krewną podczas uroczystości pogrzebowych.
Dla misjonarza historia ta stała się świadectwem tego, że cierpienie ofiarowane Bogu może nabrać szczególnego znaczenia. Nie zawsze potrafimy zrozumieć, dlaczego spotykają nas trudne doświadczenia, ale możemy zdecydować, co zrobimy z bólem, którego nie jesteśmy w stanie uniknąć.
Jan Paweł II – cierpienie przeżywane z godnością
Podczas homilii o. Grzegorz przypomniał również ostatnie tygodnie życia św. Jana Pawła II, zwracając szczególną uwagę na Wielki Piątek 2005 roku. Papież, ze względu na pogarszający się stan zdrowia, nie mógł osobiście uczestniczyć w Drodze Krzyżowej odprawianej w rzymskim Koloseum przez kard. Josepha Ratzingera.
Łączył się jednak duchowo z uczestnikami nabożeństwa, przebywając w swojej prywatnej kaplicy. Świat zobaczył wówczas poruszający obraz schorowanego Ojca Świętego, który trzymał w dłoniach krzyż i przytulał go do siebie.
Nie potrzebował wielu słów, aby przekazać niezwykle ważne świadectwo. Pokazał, że starość, choroba i cierpienie nie odbierają człowiekowi jego godności. Nawet wtedy, gdy ciało odmawia posłuszeństwa, człowiek pozostaje umiłowanym dzieckiem Boga.
Jan Paweł II, który przez lata przemierzał świat i głosił Ewangelię milionom ludzi, u kresu życia ewangelizował również poprzez swoją słabość. Pokazywał, że wartość człowieka nie zależy od jego sprawności, samodzielności ani możliwości wykonywania codziennych obowiązków.
Przytul się do krzyża, gdy zabraknie Ci sił
Nawiązując do świadectwa św. Jana Pawła II, o. Grzegorz zachęcał, abyśmy w chwilach szczególnego cierpienia szukali umocnienia w krzyżu Chrystusa. Zwłaszcza wtedy, gdy problemy zaczynają nas przerastać, a codzienność wymaga więcej sił, niż jesteśmy w stanie z siebie wykrzesać.
Kiedy jest Ci trudno, kiedy nie masz już siły wstać i iść dalej, przytul się do krzyża. Powierz Chrystusowi to, co Cię boli, czego się obawiasz i z czym nie potrafisz sobie poradzić. Nie oznacza to, że cierpienie natychmiast ustąpi, ale może stać się źródłem duchowego umocnienia i przypomnieniem, że nie jesteśmy pozostawieni sami sobie.
Misjonarz przywołał również scenę z Drogi Krzyżowej, kiedy Jezus przyjął pomoc Szymona z Cyreny. Choć był Synem Bożym, pozwolił drugiemu człowiekowi uczestniczyć w niesieniu swojego krzyża. Ta scena przypomina nam, że przyjęcie pomocy nie jest oznaką słabości. Nie musimy wszystkiego udźwignąć samodzielnie, a czasami największej odwagi wymaga właśnie przyznanie, że potrzebujemy wsparcia.
Podobnie jak Szymon możemy również sami stać się pomocą dla tych, którzy zmagają się z cierpieniem. Niekiedy wystarczy poświęcony czas, cierpliwe wysłuchanie czy drobny gest, aby drugi człowiek poczuł, że nie został sam ze swoim krzyżem.
Co robimy z własnym krzyżem?
Siódmy dzień Misji Świętych pozostawił nas z pytaniem, na które nie sposób odpowiedzieć pochopnie. Czy potrafimy ofiarować Bogu własne cierpienie, czy jedynie dokładamy je do niekończącej się listy powodów do narzekania?
Każdy z nas niesie jakiś krzyż. Dla jednych będzie to choroba, dla innych samotność, trudna sytuacja rodzinna, utrata bliskiej osoby albo niepewność o przyszłość. Niektóre doświadczenia towarzyszą nam przez krótki czas, inne pozostają z nami przez wiele lat.
Nie chodzi o to, aby udawać, że cierpienie nie boli, ani przekonywać siebie, że powinniśmy się z niego cieszyć. Chodzi o to, aby nawet w trudnych doświadczeniach nie zamykać się na Boga i drugiego człowieka.
Może więc warto, zamiast nieustannie pytać „Dlaczego mnie to spotkało?”, spróbować postawić również inne pytanie: „Panie Boże, co mogę zrobić z tym cierpieniem? Komu mogę je ofiarować? Jak je przeżyć, by nie odebrało mi nadziei?”
Nie zawsze mamy wpływ na to, jaki krzyż przyjdzie nam nieść. Możemy jednak szukać w Bogu siły do przeżywania kolejnego dnia.
Każdy z nas ma swój krzyż, a czasami nawet kilka krzyży. Pytanie brzmi: co z nimi robimy – powierzamy je Chrystusowi czy dokładamy do naszej codziennej kolekcji narzekania?

