Czym właściwie jest miłość? Czy wystarczy powiedzieć drugiemu człowiekowi „kocham cię”, aby rzeczywiście czuł się kochany? Czy wszystko, co robimy dla naszych bliskich, naprawdę służy ich dobru? Nad tymi pytaniami zastanawialiśmy się podczas szóstego dnia Misji Parafialnych – „Dzień Miłości Małżeńskiej”.
Podczas homilii o. Grzegorz przypomniał, że Pan Bóg przychodzi do człowieka nie tylko w sakramentach chrztu św., bierzmowania czy pokuty i pojednania. Przychodzi również w sakramencie małżeństwa, w którym kobieta i mężczyzna powierzają Mu swoją miłość i wspólną przyszłość. Nie oznacza to jednak, że od chwili wypowiedzenia sakramentalnego „tak” wszystko staje się proste. Miłość wymaga codziennej pracy, cierpliwości, odpowiedzialności i gotowości do rezygnowania z własnego egoizmu.
Czy potrafimy rozpoznać prawdziwą miłość?
Każdy człowiek pragnie kochać i być kochanym. Nie zawsze jednak potrafimy właściwie zdefiniować miłość. Niekiedy mylimy ją z zauroczeniem, przywiązaniem czy potrzebą zaspokojenia własnych pragnień. Widać to również w historiach młodych ludzi, którzy marzyli o stworzeniu rodziny, a zamiast bezpieczeństwa i wsparcia doświadczyli poniżenia, odrzucenia czy cierpienia.
O. Grzegorz zwrócił uwagę na różnicę pomiędzy miłością osobową a przywiązaniem do zwierząt. Przypomniał, że choć powinniśmy otaczać zwierzęta troską, nie możemy zapominać o szczególnej godności człowieka. Posłużył się przykładem lokali, które chętnie zapraszają gości ze zwierzętami, a jednocześnie ograniczają wstęp rodzinom z dziećmi. Ten kontrast stał się okazją do refleksji nad tym, czy we współczesnym świecie nie zatracamy właściwej hierarchii wartości. Miłość osobowa należy do człowieka, Boga i aniołów, a uczłowieczanie zwierzęcia prowadzi do uzwierzęcenia człowieka. Czy tego potrzebuje nas „nowoczesny” świat? Chyba nie.
Miłość potrzebuje czasu
Jedną z najważniejszych myśli homilii było przypomnienie, że bez czasu poświęconego drugiej osobie miłość nie może się rozwijać. Można przeżyć wspólnie kilkadziesiąt lat, a pewnego dnia obudzić się obok współmałżonka i uświadomić sobie, że właściwie mieszka się z obcym człowiekiem.
Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ każdy z nas nieustannie się zmienia. Osoba, z którą stanęliśmy przed ołtarzem, nie jest dokładnie tą samą osobą po dziesięciu czy dwudziestu latach. Zmieniają się nasze doświadczenia, potrzeby i sposób patrzenia na świat. By dostrzec te zmiany, potrzebujemy rozmowy, uważności i zwyczajnej obecności.
Nie wystarczy mieszkać pod jednym dachem. Trzeba jeszcze znaleźć czas, aby naprawdę być razem – bez telefonów, telewizora i innych rozpraszaczy. Czasami wystarczy rozmowa, wspólny spacer albo chwila ciszy, podczas której możemy po prostu pobyć obok siebie.
Czy każdy prezent jest wyrazem miłości?
O. Grzegorz przytoczył historię ojca, którego siedemnastoletni syn marzył o quadzie. Chłopak chciał jeździć razem z kolegami, dlatego poprosił rodziców o taki prezent. Matka sprzeciwiała się temu pomysłowi, uważając, że syn nie jest jeszcze wystarczająco dojrzały. Ojciec jednak postawił na swoim i kupił pojazd. Niestety, chłopak uległ wypadkowi, w wyniku którego został sparaliżowany.
Historia ta pokazała, że nie wszystko, czego pragniemy, jest dla nas rzeczywiście dobre. Miłość nie polega na spełnianiu wszystkich zachcianek, ale na odpowiedzialnej trosce o drugiego człowieka.
Podobnie jest w naszej relacji z Bogiem. Często prosimy Go o konkretne łaski i oczekujemy natychmiastowej odpowiedzi. Tymczasem Bóg zna nasze serca i wie, czego naprawdę potrzebujemy. Nie zawsze daje nam to, czego chcemy, ale prowadzi nas ku prawdziwemu dobru.
Misjonarz zachęcił, aby przed podjęciem ważnej decyzji dotyczącej bliskiej osoby zadać sobie cztery pytania:
- Czy to, co robię, jest dla niej dobre dzisiaj?
- Czy będzie dobre jutro?
- Czy pozostanie dobre za pięć lat?
- Czy będzie dobre w perspektywie wieczności?
Jeśli choć jedna odpowiedź budzi wątpliwości, warto ponownie przemyśleć swoje działanie.
Miłość nie kalkuluje
W końcowej części homilii o. Grzegorz przypomniał, że miłość jest bezinteresownym darem z siebie samego. Tymczasem coraz częściej uczymy dzieci, aby podejmowały przede wszystkim te działania, które przynoszą im osobistą korzyść. Nawet pomoc drugiemu człowiekowi bywa przedstawiana jako coś, za co należy oczekiwać nagrody.
Z czasem takie myślenie może przenosić się na relacje rodzinne. Zaczynamy zastanawiać się, czy opłaca się odwiedzić samotnego sąsiada, pomóc starszej osobie albo wysłuchać po raz kolejny tej samej historii opowiadanej przez dziadków.
Przecież człowiek potrzebuje nie tylko pomocy materialnej, ale również obecności, cierpliwości i poczucia, że jest dla kogoś ważny. Jeśli chcemy, aby nasze dzieci potrafiły kochać bezinteresownie, musimy pokazywać im taką miłość własnym przykładem.
Miłość to codzienny wybór
Szósty dzień Misji Świętych przypomniał nam, że sakrament małżeństwa nie jest jedynie piękną uroczystością i przysięgą złożoną przed ołtarzem. Jest początkiem wspólnej drogi, podczas której każdego dnia uczymy się kochać coraz dojrzalej.
Miłość potrzebuje czasu, rozmowy, wzajemnego szacunku i troski o prawdziwe dobro drugiego człowieka. Nie wystarczy zapewniać bliskich o swoich uczuciach, jeśli nie potrafimy ich wysłuchać, dostrzec ich potrzeb i poświęcić im uwagi.
Warto więc zastanowić się, czy naprawdę znamy osoby, z którymi dzielimy życie. Czy znajdujemy dla nich czas? Czy nasze decyzje służą ich dobru? I czy uczymy najmłodszych bezinteresowności, czy raczej przekonujemy ich, że wszystko musi się opłacać?
Prawdziwa miłość nie pyta przede wszystkim: „Co będę z tego miał?”. Pyta: „Co dobrego mogę ofiarować drugiemu człowiekowi?”.
